poniedziałek, 1 października 2012

Rysowanie

Ten, kto śledzi mojego bloga od jakiegoś czasu, z pewnością wie, że zmagam się nieustannie ze słabą sprawnością manualną moich chłopców. Z tego powodu wciąż szukam nowych pomysłów na zachęcenie ich do rysowania i pisania, co jak do tej pory nie przynosiło spektakularnych efektów. Tak się jednak złożyło, że wrzesień był dla nas miesiącem niekończących się godzin spędzonych na rysowaniu i kolorowaniu - wszystko z inicjatywy chłopaków i zgodnie z ich pomysłami. Widząc ich zapał postanowiłam wyjść na przeciw tej niespodziewanej miłości do rysowania i przygotowałam różne zadania. Między innymi kupiłam książeczkę z serii Rysuję z Bolkiem i Lolkiem, gdzie krok po kroku przedstawione są proste, schematyczne rysunki zwierzątek. Żeby nie przytłaczać ich od razu wszystkimi kolejnymi krokami, przerysowałam je na pojedyncze kartki i czerwonym kolorem zaznaczyłam element, który aktualnie trzeba dorysować. Kartki ponumerowałam i odsłanialiśmy je po kolei. Mikołaj od razu rysował na kartce (i szczerze mówiąc było to zadanie poniżej jego możliwości) a Dominik w naszej tacy z kolorową solą. Całe szczęście, że nie dałam mu od razu kartki, bo nieudane próby działają na niego demotywująco a tak, wystarczyło potrząsnąć tacką i zacząć od nowa.

rysujemy rybkę w soli

Kolejnym etapem, było rysowanie pisakiem na tablicy (nieudane próby można szybko zetrzeć). Przykleiłam obrazki w odpowiedniej kolejności i Dominik mógł sobie rysować. Przy okazji ćwiczył spostrzeganie sekwencji od lewej do prawej strony.

rysujemy misia na tablicy

Te zabawy pojawiły się w odpowiednim momencie - po wakacjach obu chłopcom na tyle poprawiło się napięcie mięśniowe, że spod ich rąk wychodzą kolejne zaskakujące mnie dzieła. Chłopaki spędzają codziennie około dwóch godzin na rysowaniu, kolorowaniu lub próbach pisania. I wszystko z własnej, nieprzymuszonej woli a nawet bez jakiejkolwiek zachęty z mojej strony! Chyba weszliśmy w tak długo oczekiwaną przeze mnie fazę wrażliwości na pisanie. Ale o pisaniu innym razem...


poniedziałek, 24 września 2012

Sy, sy, sy, czyli trochę zabawy gdy dziecko sepleni

Ćwiczenia logopedyczne są strasznie nudne. Gimnastyka artykulacyjna to ciężka praca a korygowanie wady wymowy może być trudną sprawą. Czasem trzeba wymyślić coś nowego, żeby dziecko nie straciło chęci do pracy. Dziś pokazuję nasze dwie ukochane zabawy logopedyczne, które stworzyłam dla Dominika. Są proste i szybkie w przygotowaniu, ale pozwalają na manipulowanie przedmiotami, co jest szczególnie ważne dla mojego synka, który poznaje świat swoimi łapkami.

Jaja węża.
Z pisaniem sylab na jajach węża spotkałam się w jakiejś książeczce, jednak dla Dominika, patrzenie na obrazki i nazywanie ich jest po prostu nudne. Trzeba było to jakoś urozmaicić. Zrobiliśmy papierowego węża na sznurku i jego jaja z zakrętek od mleka. A potem po prostu się bawiliśmy: nazywaliśmy wężowe dzieci, układaliśmy je w gnieździe, mama tuliła je do snu etc.

mama i jej jaja
Przy okazji wykorzystaliśmy te jaja do ćwiczeń słuchowych. Mama wołała jakieś dziecko a Dominik miał wybrać odpowiednie jajo i dać do mamy. Nie taka prosta sprawa...

Walizki Sabiny i Stefana
Druga zabawa to proste dopasowywanie ubrań dla dziewczynki i chłopca, którzy wybierają się na wakacje i pakują walizki (obrazki walizek naklejone na koperty). W założeniach mieliśmy losować obrazki na zmianę, ale Dominikowi tak się spodobała ta zabawa, że wszystko robił sam. Ja zadawałam niekończące się pytania: czyje to sandały? co to? gdzie to włożysz? Dominik musiał odpowiadać: to sandały Sabiny/ spodnie Stefana etc.
Sabina, Stefan, walizki i ubrania
Dużo jeszcze pracy przed nami, ale powoli Dominik zaczyna współpracować, mam więc nadzieję, że niebawem seplenienie międzyzębowe zostanie tylko wspomnieniem.

 

sobota, 22 września 2012

Wspomnienia z wakacji

Jesień właśnie się zaczęła, ale ponieważ lato wciąż żywe w naszej pamięci - zapraszam więc do wspomnień z wakacji ;-)
plaża nad jeziorem?
 W pierwszym tygodniu września naszym tematem wiodącym były wspomnienia z wakacji. Ponieważ część wyjazdu rodzinnego spędziliśmy w uroczym zakątku Polski, chciałam przypomnieć chłopcom gdzie byliśmy i co ciekawego widzieliśmy. A widzieliśmy piękne jeziora, bagna i torfowiska, płynęliśmy spływem kajakowym po Bugu, obserwowaliśmy bociany, jaskółki brzegówki, zimorodki i czaple, szukaliśmy żółwi błotnych.... sporo tego było. Nie zabrakło też wycieczek rowerowych i długich godzin chlapania się w jeziorze. Powyjmowałam więc zdjęcia, pocztówki i mapy, które przywieźliśmy z naszych wojaży i wspominaliśmy, trenując umiejętności językowe chłopców oraz posługiwanie się mapą. Czytaliśmy książeczkę o zwierzętach żyjących na mokradłach. Wspaniały, wspólnie spędzony czas, który pozwolił nam na łagodne przejście z rytmu wakacyjnego w "szkolny". A dla zabawy, wymyśliłam że zrobimy sobie plażę nad jeziorem. Na kawałku styropianu, namalowaliśmy jezioro, piasek i trawę. Chłopcy świetnie ze sobą współpracowali - mój uśmiech rósł z każdą chwilą.

pracujemy nad wspólnym dziełem
Po wyschnięciu farby, wystarczyło wbić kilka parasolek, rozłożyć leżaki z pozaginanej tekturki i wybrać, które zabaweczki z kinder niespodzianek wybiorą się na plażę. I znowu chwila ciszy i spokoju dla mamy ;-)

jak przyjemnie ;-)
Przez moment było mi prawie tak błogo jak tym małpkom ;-)


środa, 5 września 2012

Nasz pierwszy dzień

Nadszedł ten dzień. Pierwszy dzień szkoły, w naszym przypadku szkoły domowej. Długo rozmyślałam nad tym od czego zaczniemy oficjalną naukę. Niby od dawna uczymy się w domu, ale teraz chciałam podkreślić, że kolejne dni będą się różnić od wakacyjnych. Że oczekiwana przez Mikołaja zerówka istnieje, choć rano nie trzeba pędzić do przedszkola. Ponieważ jednym z moich celów jest utrzymanie (w Dominiku) i rozbudzenie (w Mikołaju) radości z uczenia się, uznałam że pierwszy dzień musi być frajdą. Tak żeby prawem pierwszego połączenia, w głowach moich chłopców, zagościła myśl: szkoła domowa jest fajna! Gdy zadałam sobie pytanie: co najbardziej lubią moje dzieci?, mogłam odpowiedzieć tylko w jeden sposób: lody! I tak powstał temat naszego pierwszego dnia.
Zaczęliśmy od drobnych upominków na nowy rok szkolny. Każdy z chłopców dostał taką paczuszkę:

na miły początek ;-)
W środku były wesołe magnesy, ołówki i długopisy ze spidermanem oraz  cienkopisy. Paczuszki, przewiązane kolorowymi sznurówkami, wzbudziły mnóstwo radości. Dzień zaczął się przyjemnie ;-)
Ustaliliśmy też sobie zasady, jakie od tej pory będą nas obowiązywały i zapisane, podpisane zawisły w widocznym miejscu na ścianie.
Potem zajęliśmy się naszym tematem. Były zadania związane z czytaniem, pisaniem, kolorowaniem, łączeniem sylab, rozwijaniem słownictwa. Wszystko łatwe, lekkie i przyjemne.

przykładowe zadania

Chłopcy mieli za zadanie wykonać pracę plastyczną - wyciąć gałki lodów (kółka narysowane na kolorowym papierze) i przykleić je razem z wafelkiem na kartkę. Cóż... zadanie bardzo im się podobało, ale jak widać potrzebujemy ćwiczeń w wycinaniu kółeczek ;-)

z lewej:praca Dominika, z prawej: Mikołaja

Potem przygotowaliśmy sobie kolorowy lód do malowania. Zabarwioną bibułą wodę, chłopcy przelewali kroplomierzem i strzykawką do pojemników na lód.

trudniejsze niż się wydaje
Po południu, mieli świetną zabawę - choć Mikołaja bardziej niż malowanie, zainteresowało rozmakanie kartki. Przy okazji ta zabawa stanowi świetną stymulację sensoryczną i zajmuje dzieci, pozwalając mamie na gotowanie w ciszy i spokoju ;-)


Przy okazji sprawdzaliśmy jak woda zmienia stany skupienia, co wkomponowało się w nasz cykl naukowy.
Ale i tak największy entuzjazm wzbudziła nasza wyprawa do lodziarni. Chłopcy są na diecie bezmlecznej, więc nieczęsto zdarza im się taka wycieczka. Co za szczęście, że znalazłam lodziarnię, w której sprzedają sorbety! Dzięki temu rok szkolny moich synów mógł zacząć się od przyjemności ;-) Oby tak dalej!

czwartek, 23 sierpnia 2012

Pojemnik sensoryczny - balonowe rybki

Pewnego deszczowego popołudnia powstała w naszym domu taka oto zabawka: rybki z baloników. Wzięłam kilka kolorowych baloników i wsypałam do środka, to co akurat było w domu: kaszę jęczmienną, drobną fasolę, makaron, mąkę pszenną i mąkę ziemniaczaną. Zrobiłam po dwie pasujące do siebie rybki tzn. z tym samym wypełnieniem. Dla samokontroli pary łączyły się też kolorami. Najpierw chłopcy oglądali i dotykali rybki. Potem zaprosiłam ich do zabawy w zgadywanie z zasłoniętymi oczami. Rybki wylądowały w dwóch miseczkach a chłopcy szukali par. Jeśli uznali, że rybki są takie same w dotyku, kładli je przed sobą na tacy. Na koniec, można było zdjąć zasłonę z oczu i samemu sprawdzić poprawność wykonanego zadania. Ponieważ zadanie okazało się banalnie proste dla obu moich synków, powstała nowa wersja - do jednej z misek wlałam wodę. Miałam nadzieję, że będzie to dodatkowe rozproszenie i zmusi chłopaków do większego skupienia. I rzeczywiście, szukając rybki w wodzie, nagle mąka ziemniaczana i pszenna przestały się różnić. Zadanie okazało się trudne, ale sprawiło też więcej frajdy niż wersja "na sucho".

gdzie ta rybka?

Po skończonych zagadkach, rybki wylądowały w naszym pojemniku sensorycznym, gdzie  pływały w wodzie i przeżywały niezwykle dramatyczne przygody. Dołożyłam kilka narzędzi do wyławiania i mogłam zająć się przygotowywaniem obiadu w ciszy i (chwilowym) spokoju.

wyławianie rekina przy pomocy sitka...
...i szczypcami

Kocham takie zabawy ;-)

26 sierpnia:

Dziś znalazłam nowy pomysł na balonowe rybki. Nie są dotykowe, ale... myślę, że to świetna zabawka dla maluszka, dlatego dodaję tutaj link. A za jakiś rok, sprawdzimy jak taka zabawka spodoba się naszemu Maleństwu ;-)


czwartek, 16 sierpnia 2012

Wakacyjne dylematy (rodziców małych autystów)

Nie, nie będzie to wpis o problemach: jakie miejsce wybrać na wakacyjny odpoczynek. Raczej dla poszukujących odpowiedzi na pytanie: uczyć się, czy nie uczyć w wakacje. Już dawno temu przyjęłam zasadę: żadnej nauki i terapii w weekend. To dla nas czas spędzany rodzinnie i jeśli się uczymy to tylko "przy okazji" i w zabawie. Przyznam jednak, że wizja pierwszych wakacji po diagnozie, zupełnie pozbawionych zajęć terapeutycznych i edukacyjnych wydawała mi się strasznym marnowaniem czasu. Wszyscy terapeuci, podkreślają, że terapia dziecka z autyzmem musi być intensywna. Cóż było robić? Zapakowałam całe pudło materiałów, z których mieliśmy korzystać w czasie pobytu w domku kempingowym i wyruszyliśmy. I wiecie co? Nawet nie otworzyłam tego pudła. Zorientowałam się, że pobyt nad jeziorem, w środku lasu i z gromadką znajomych dzieci był najlepszą terapią i nauką na świecie. Ilość bodźców, które oddziaływały na moje autystyczne dziecko, cały szereg nowych doświadczeń, które budowały jego wiedzę o świecie i wreszcie odpoczynek od ciągłych zajęć, kiedy coś "się musi" robić - to było to czego potrzebował. Nigdy nie zapomnę tamtych wakacji i postępów jakie poczynił wtedy Mikołaj (to niesamowite, ale w czasie przerwy w terapii zaczął mówić). Od tamtej pory przyjęłam zasadę, że nigdy nie zabieram materiałów edukacyjnych na wyjazdy, nie sadzam dzieci przed książkami w czasie weekendów u dziadków. Nasza nauka i doświadczanie świata dzieje się wtedy samo. Wiem, że dla wielu rodziców dzieci z autyzmem, jest to nie do przejścia. Myślą, że to zmarnowany czas. Ja widzę, że to nieprawda. Tak dziecko jak i rodzic, potrzebuje odpoczynku od intensywnej pracy przez cały tydzień czy przez cały rok szkolny. A mózg potrzebuje czasu na integrację nowych bodźców. Po wakacyjnym wypoczynku, wszyscy mamy więcej energii i radości. I nasze dzieci mogą z nową siłą, przezwyciężać swoje problemy.
Ale nie jest tak, że od czerwca do września leżymy i labujemy. Wakacyjny czas, który spędzamy w domu to dla nas czas pracy. Co prawda nie jeździmy na żadne terapie, ale codziennie Mikołaj uczy się ze mną (oczywiście Dominik też;-)). Wykorzystujemy przedpołudnia na ćwiczenia mowy, czytania, pisania, liczenia etc. A popołudnia spędzamy poza domem. Jest jeszcze dodatkowy powód, dla którego pracujemy w lecie - planujemy dłuższe wakacje od nauki z mamą w listopadzie. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na zdjęcie...

z chłopakami w tle ;-)
...i wszystko jasne!

Udanej końcówki wakacji dla wszystkich ;-)


niedziela, 12 sierpnia 2012

Chłopcy z zapałkami

Dzieciom nie wolno bawić się zapałkami. Wszyscy o tym wiedzą, moi chłopcy też. Dlaczego więc, za każdym razem gdy małe patyczki znalazły się w ich zasięgu, małe łapki aż się do nich rwały? Gdy Dominik znalazł świeczkę ze swojego tortu urodzinowego, zaproponowałam mu, że nauczę go jak ją zapalić. Oniemiał ze szczęścia ;-) Wbiliśmy świeczkę w ciastolinę i zaczęliśmy naukę. Starałam się przeprowadzić prezentację w stylu montessori - bez słów. Potem przekazałam pałeczkę Dominikowi:

jak to się robi?

Trening czyni mistrza!
ostrożnie, żeby się nie poparzyć


Kiedy Mikołaj zobaczył co robi jego młodszy brat, uznał, że on też musi się uczyć! Byłam zaskoczona jak szybko załapał - można by pomyśleć, że codziennie ma do czynienia z zapałkami.

a ja już umiem!
Szczerze przyznam, że patrząc na moje dzieci z zapałkami w rękach, miałam mieszane uczucia. Zastanawiałam się nawet, czy nie zagalopowałam się trochę w uczeniu moich synów nowych umiejętności. Na wszelki wypadek, baaaardzo dużo rozmawialiśmy o bezpieczeństwie, o niebezpieczeństwie pożaru i umówiliśmy się, że zapałki zapalamy tylko z kimś dorosłym. Myślę, że zapamiętają. A radość na twarzy przedszkolaka, gdy zapali świeczkę samodzielnie odpaloną zapałką - bezcenna ;-)

P.S. Zabawa skończyła się dopiero gdy wypalił się nam cały knot w świeczce. Swoją drogą - nie miałam pojęcia jak krótkie są knoty w świeczkach-cyferkach!