Doświadczenie spędzania czasu w rozmaitych poczekalniach z maluchami nie jest mi obce. Gdy Mikołaj rozpoczął swoją terapię, Dominik miał zaledwie kilka miesięcy. W pobliżu nie było babci/cioci, z którą mój młodszy syn mógłby zostawać, więc wszędzie jeździliśmy razem. Przez ponad cztery lata "czekaliśmy" w szkołach, przychodniach, poradniach, ośrodku jeździeckim i sama już nie pamiętam gdzie jeszcze. Czasem 30 minut, częściej 60, 90 lub nawet 120. Na początku traktowałam to jak dopust boży, ale szybko zorientowałam się, że zamiast narzekać, sensowniej będzie ten czas wykorzystać. Przecież to idealny moment na zabawę "jeden na jeden", zabawy paluszkowe, czytanie książeczek, granie w gry. W końcu nie zawsze świeci słońce i można wyjść na spacer :-)
Czas płynął, chłopcy wyrośli i teraz zamiast terapii sensu stricto, razem chodzą na zajęcia dodatkowe. A ja czas w poczekalniach spędzam z Klarą. Na szczęście torebkę mam pojemną, oto co umila nam oczekiwanie:
Oczywiście książeczki. Na zdjęciu przedstawicielki naszych ulubionych - pierwsza to książeczki z serii Kocham czytać J. Cieszyńskiej. Polecam je wszystkim rodzicom maluszków, nawet jeśli nie myślą o nauce czytania, są świetną pomocą w rozwoju językowym dziecka. My z Klarą czytamy trzy pierwsze z serii.
"Przygody Miłka i Niezdarka" to książeczka z zestawu
Zabawy Tutusia. Klara bardzo lubi, żeby jej to czytać - akcja jest tak prosta, że idealnie nadaje się dla rocznego maluszka.
Jest jeszcze nasza ukochana
książeczka sensoryczna.
I moje ostatnie odkrycie: książeczki ze zdjęciami zamiast rysunków! Znalazłam je w empiku i mało nie umarłam z radości, w końcu wilk wygląda jak wilk, papryka jak papryka etc. Montessorianie na pewno mnie rozumieją :-)
Pudełeczka do odkręcania/otwierania: słoiczek po kremie, pojemniczek po farbie, plastikowe jajko i dwa klocki do łączenia i rozłączania.
Figurki zwierzątek - w ścisłej czołówce zabawek na mojej prywatnej liście. Nadają się do wszystkiego, u nas głównie pomagają w rozwoju języka (nazywanie, naśladowanie odgłosów).
I jeszcze karty do stymulacji języka, które przygotowałam dla Klary. Pierwsze to po prostu stara książeczka harmonijka, która się potargała. Zabezpieczyłam boki taśmą, nakleiłam napisy z odgłosami zwierząt (to z czasów gdy Dominik uczył się czytać wyrażenia dźwiękonaśladowcze) i włożyłam do plastikowej kieszonki zapinanej na zatrzask (dodatkowa atrakcja!).
Przygotowałam też fajne karty ze zwierzętami i ich mamami, które wydrukowałam
stąd. Ponieważ Klara była za mała na dopasowywanie mam i dzieci, skleiłam te karty razem taśmą i na razie używamy ich do oglądania i nazywania a moja córeczka dodatkowo ustawia je sobie (ćwicząc koordynację wzrokowo-ruchową:)). Karty mają podpisy po angielsku, które miałam zamiar odciąć lub zakleić jednak zmieniłam zdanie, bo Mikołaj zainteresował się tymi angielskimi słówkami.
P.S. Oczywiście powyższa zawartość torebki to jedynie przykład. Poszczególne książeczki, pojemniczki, zwierzątka się zmieniają. Schemat jednak, pozostaje niezmienny.