Pokazywanie postów oznaczonych etykietą montessori. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą montessori. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 marca 2014

Mamo, a dlaczego masz taką wielką torebkę? czyli z roczniakiem w poczekalni

Doświadczenie spędzania czasu w rozmaitych poczekalniach z maluchami nie jest mi obce. Gdy Mikołaj rozpoczął swoją terapię, Dominik miał zaledwie kilka miesięcy. W pobliżu nie było babci/cioci, z którą mój młodszy syn mógłby zostawać, więc wszędzie jeździliśmy razem. Przez ponad cztery lata "czekaliśmy" w szkołach, przychodniach, poradniach, ośrodku jeździeckim i sama już nie pamiętam gdzie jeszcze. Czasem 30 minut, częściej 60, 90 lub nawet 120. Na początku traktowałam to jak dopust boży, ale szybko zorientowałam się, że zamiast narzekać, sensowniej będzie ten czas wykorzystać. Przecież to idealny moment na zabawę "jeden na jeden", zabawy paluszkowe, czytanie książeczek, granie w gry. W końcu nie zawsze świeci słońce i można wyjść na spacer :-)

Czas płynął, chłopcy wyrośli i teraz zamiast terapii sensu stricto, razem chodzą na zajęcia dodatkowe. A ja czas w poczekalniach spędzam z Klarą. Na szczęście torebkę mam pojemną, oto co umila nam oczekiwanie:


Oczywiście książeczki. Na zdjęciu przedstawicielki naszych ulubionych - pierwsza to książeczki z serii Kocham czytać J. Cieszyńskiej. Polecam je wszystkim rodzicom maluszków, nawet jeśli nie myślą o nauce czytania, są świetną pomocą w rozwoju językowym dziecka. My z Klarą czytamy trzy pierwsze z serii.
"Przygody Miłka i Niezdarka" to książeczka z zestawu Zabawy Tutusia. Klara bardzo lubi, żeby jej to czytać - akcja jest tak prosta, że idealnie nadaje się dla rocznego maluszka.
Jest jeszcze nasza ukochana książeczka sensoryczna.
I moje ostatnie odkrycie: książeczki ze zdjęciami zamiast rysunków! Znalazłam je w empiku i mało nie umarłam z radości, w końcu wilk wygląda jak wilk, papryka jak papryka etc. Montessorianie na pewno mnie rozumieją :-)

Pudełeczka do odkręcania/otwierania: słoiczek po kremie, pojemniczek po farbie, plastikowe jajko i dwa klocki do łączenia i rozłączania.

Figurki zwierzątek - w ścisłej czołówce zabawek na mojej prywatnej liście. Nadają się do wszystkiego, u nas głównie pomagają w rozwoju języka (nazywanie, naśladowanie odgłosów).

I jeszcze karty do stymulacji języka, które przygotowałam dla Klary. Pierwsze to po prostu stara książeczka harmonijka, która się potargała. Zabezpieczyłam boki taśmą, nakleiłam napisy z odgłosami zwierząt (to z czasów gdy Dominik uczył się czytać wyrażenia dźwiękonaśladowcze) i włożyłam do plastikowej kieszonki zapinanej na zatrzask (dodatkowa atrakcja!).


Przygotowałam też fajne karty ze zwierzętami i ich mamami, które wydrukowałam stąd. Ponieważ Klara była za mała na dopasowywanie mam i dzieci, skleiłam te karty razem taśmą i na razie używamy ich do oglądania i nazywania a moja córeczka dodatkowo ustawia je sobie (ćwicząc koordynację wzrokowo-ruchową:)). Karty mają podpisy po angielsku, które miałam zamiar odciąć lub zakleić jednak zmieniłam zdanie, bo Mikołaj zainteresował się tymi angielskimi słówkami.




P.S. Oczywiście powyższa zawartość torebki to jedynie przykład. Poszczególne książeczki, pojemniczki, zwierzątka się zmieniają. Schemat jednak, pozostaje niezmienny.

czwartek, 27 lutego 2014

Montessori dla niemowląt: Imbucare box DIY z pudełka

Dla oswojonych z montessoriańskimi materiałami dla niemowląt Imbucare box (nie znalazłam polskiej nazwy - sklepy używają swoich własnych tłumaczeń) to nic nowego. Dla mnie było to wielkie odkrycie: sorter bez sortowania! Kupienie gotowego, drewnianego (choćby najpiękniejszego) nie wchodziło w grę - tyle pieniędzy dla jednego dziecka, tylko na chwilę? Uznałam, że nie warto. Ale warto zrobić! Wystarczyło pudełko, klocek, nożyk i rzep samoprzylepny. Zajęło mi to kilka minut  i już Klara mogła się bawić. I uwierzcie: bawiła się naprawdę długo i często!

Imbucare box - DIY z pudełka

Pudełko można otworzyć i wyjąć klocek ze środka. W mojej wersji zamyka się na rzep:

szczegóły techniczne :-)

I jeszcze jedno: imbucare box ma różne oblicza. Jeśli ktoś jest zainteresowany zgłębieniem tematu, niech sobie wygoogla: oczopląsu można dostać od różnorodności - zarówno gotowych jak i "hołmmejdowych" pudełek :-)

P.S. Muszę jednak przyznać,  że podoba mi się wersja z pudełkiem bez dna, które wystarczy podnieść żeby wyjąć klocek, jak np. TUTAJ. Może następnym razem :-)

DOPISEK:
Pytanie Gosi czy wrzucanie piłeczki pingpongowej do rolki po ręcznikach to to samo, uświadomiłam sobie, że nie napisałam najważniejszego: po co to pudełko? Celem jest dopasowywanie kształtu to otworu (tak jak w sorterach, tylko nie sortujemy). Zaczynamy od klocka o kształcie walca, potem można  dać o podstawie trójkąta, nasz byłby następny. To jest taki etap wcześniejszy niż sortowanie. Ćwiczy koordynację wzrokowo-ruchową, koncentrację, spostrzeganie wzrokowe i... sama już nie wiem co jeszcze :-) 


poniedziałek, 30 września 2013

Zabawki dla niemowląt "po mojemu", czyli: czym się bawi Klara?

Zbierałam się do pisania o tego posta tak długo, że nazbierało się mnóstwo rzeczy, o których chciałabym wspomnieć (Klara rośnie, zabawki się zmieniają). Nie będę więc opisywać, czym po kolei bawiła się moja córeczka, pokażę raczej kilka migawek z jej zabaw w wieku 8-10 miesięcy. Zamiast przewodnika, niech wpis ten będzie inspiracją ;-)
Kiedy koszyki ze skarbami przestały Klarze wystarczać, szukałam dla niej zabawek, które nie bawią ogłupiając, ale pozwalają na sensowne i celowe działanie. Zaczęłam od pozbycia się całej góry "edukacyjnych" zabawek, które należały kiedyś do chłopców, a te które zdecydowałam się zostawić, pozbawiłam baterii. Wiele z tych zabawek dostarcza maleństwu zbyt intensywnych bodźców, których delikatny układ nerwowy dziecka nie jest w stanie przetworzyć. Może to być jednym z powodów nadmiernej ruchliwości i późniejszych problemów z koncentracją u dzieci a w naszym przypadku na pewno jest to powodem nadmiernej drażliwości u mamy ;-) Elektronicznym zabawkom dla niemowląt - mówimy: nie!
koszyk z piłkami wszelakimi

W książce "Montessori from the start" przeczytałam, jak ważne jest kształtowanie umiejętności koncentracji od początku życia dziecka. Zaczęłam więc zwracać na to uwagę. Nie przeszkadzałam gdy widziałam, że Klara jest czymś zajęta, nie rozpraszam jej przy jedzeniu, przewijaniu, ubieraniu. Od samego początku staram się włączyć ją w te czynności tak żeby była ich świadoma. A co z zabawkami? Przede wszystkim nie daję wszystkich naraz. Wybrałam kilka miejsc na podłodze lub nisko położonych półkach i tam kładę jej zabawki, tak żeby samodzielnie mogła po nie sięgać. Ma dwa koszyki ze skarbami, jeden w pokoju a drugi w kuchni (gdzie spędzamy sporą część dnia). Poza tym kilka rzeczy, które dają jej zajęcie na długi czas. Oto co aktualnie, znajduje się w jej zasięgu:

Nasza wersja montessoriańskiego permanence object box, (po polsku nazywa się to drewniane pudełko z kulą), w której to zabawce zakochałam się po obejrzeniu na youtubie kilku filmów tego typu. Pudełko nadaje się dla dzieci około 8 m-ca, kiedy to zaczyna się kształtować u nich zdolność rozumienia stałości przedmiotu. Chodzi o to, że gdy schowamy maluchowi np. misia pod chustką, to ono wie, że ten miś wciąż tam jest, co pokazuje podnosząc chustkę i szukając go. "Praca" z pudełkiem, wrzucanie piłeczki z góry i wyjmowanie z dołu, pomaga dziecku zrozumieć stałość przedmiotu, ćwiczy koordynację oko-ręka i daje szansę na ćwiczenie koncentracji. Nasze pudełko nie ma tacki, przez co piłeczka czasami ucieka, ale wtedy Klara ma okazję sobie poraczkować :-) Był to prezent - niespodzianka od znajomego stolarza i jest po prostu cudowne: pachnie lasem, jest gładkie i miłe w dotyku i w ogóle! A dodatkowo wydaje ciekawe odgłosy gdy w nie stukać drewnianym jajkiem lub łyżeczką. Klara ma to pudełko od dwóch miesięcy i codziennie jest w użyciu. Piłeczką jest kulka wyjęta z antyperspirantu (używamy też piłeczek pingpongowych, ale są lżejsze i nie toczą się tak dobrze).

wrzucam...
...i jest!

Druga zabawka montessoriańska to jajko w kieliszku. Serio! Drewniany kieliszek i do tego jajko dla maluchów ośmiomiesięcznych idealna zabawka. W oryginale wszystko jest z naturalnego drewna, ale ponieważ nie znalazłam nigdzie takich jajek, my mamy malowane. I też działa ;-)

Kolejnym hitem mojej córki są plastikowe misie w pojemniku - główce lego. Gdy zauważyłam, że Klara weszła w fazę wkładania wszystkiego do pojemników, wrzuciłam jej do główki misie i dałam do zabawy. Od dwóch miesięcy bawi się nimi codziennie, wyrzuca, wrzuca z powrotem, przekłada, wrzuca miśki do szuflady lub szafki. A gdy jej to wszyściutko poskładam, ona za jakiś czas zaczyna od nowa: wyrzucać, wrzucać etc. Zajmuje ją to na długi czas i fajnie popatrzeć z jakim skupieniem to robi :-) Poza tym, każdy miś jest zrobiony z jednego kawałka, więc nie ma możliwości, żeby się jakaś mała część odczepiła i została połknięta, więc misie są świetnymi gryzaczkami.

przekładam, przerzucam, przenoszę ;-)

Jest jeszcze chodzik - pchacz, który dostał dawno temu malutki Mikołaj. Od frontu znajduje się otwór do wrzucania piłeczek i Klara uwielbia się tym bawić. Piłeczki wrzuca się u góry a one spadają na dole i od nowa i jeszcze - zabawa bez końca. A ponieważ piłeczki są trzy, można dwie z nich wziąć do rączek i zrobić "stuk, stuk". W zamyśle producenta ta zabawka po każdym wrzuceniu piłeczki wydawała dźwięki, grała też melodyjki gdy pociągało się za "lusterka" po bokach. Teraz oczywiście nie gra, bo w tej kwestii jestem nieugięta i baterii nie wkładamy. Szczerze powiem, że Klara bawi się tym tak samo intensywnie i radośnie, jak przed nią chłopcy, których podobno zachęcały do wrzucania piłeczek melodyjki...
"wrzuć piłeczkę, wrzuć piłeczkę"

Kiedy Klara towarzyszy komuś w łazience, bawi się klockami magnesowymi przyczepionymi do pralki. Zdejmuje je, łączy ze sobą, rozłącza, znów przyczepia do pralki. Zabawa, która nie ma końca.

magnesy na pralce

Poza tym Klara ma jedną pandę - maskotkę (nie liczę malutkich, które znajdują się w koszykach), kosz z piłkami (jedna większa z materiału, kilka plastikowych, i dwie malutkie zrobione przeze mnie (tak!) na szydełku). Okazjonalnie dostaje do zabawy pudło z autami chłopaków lub ich pluszaki i tyle. To wszystko do czego ma dostęp (+ całe mieszkanie dostosowane do raczkującego niemowlęcia:-)) I wierzcie lub nie, ale to wystarcza. Jest radosna, spokojna i nie wygląda jakby jej czegoś brakowało.

P.S. Jest jeszcze jedna zabawka-nie zabawka, która jednak zasługuje na osobny wpis...

czwartek, 1 sierpnia 2013

Koszyk ze skarbami/ Treasure basket

Dziś kolejne zabawy dla maluszka z cyklu Montessori - koszyk ze skarbami. To jedna z najwspanialszych zabawek jakie można wymyślić dla niemowlęcia, "edukacyjna" sto razy bardziej niż wszystkie markowe zabawki dla bobasów. To po prostu koszyk wypełniony przedmiotami codziennego użytku. Takie proste.
Spotkałam się z dwoma rodzajami koszyków: jedna szkoła mówi o wrzuceniu do środka 15-20 przedmiotów, wykonanych z różnych, najlepiej naturalnych materiałów. Druga mówi o koszykach, które zawierają przedmioty z jakiejś konkretnej kategorii np. przedmioty okrągłe/ szorstkie/ przedmioty kuchenne/ przybory toaletowe etc. Takie tworzenie kategorii jest moim zdaniem zabawniejsze (dla mamy;-)) i bardzo pomocne dla starszych niemowląt po 9 m-cu życia. Można tworzyć takie koszyki jako pomoc do rozwoju języka, ale to już osobna zabawa (świetna sprawa dla dzieci dwujęzycznych!).
Poniżej dwa "najpierwsze" koszyki, które przygotowałam dla Klary - jak widać, nie udało mi się uniknąć plastiku, ale robię postępy ;-)

koszyk "jajka"
Jajka były: plastikowe, kamienne, drewniane i z jakiejś leciutkiej masy. Szkoda, że nie miałam jajka z filcu lub włóczki, byłoby świetnym dopełnieniem.

koszyk "łyżeczki"

Ten koszyk powstał w jakieś 30 sekund - po prostu otworzyłam szufladę ze sztućcami i wrzuciłam łyżeczki do środka. W zestawie metalowa, drewniana i trzy różne plastikowe (znów plastik, ale pocieszam się, że skoro karmię Klarę metalową łyżeczką to plastikowa jest dla niej czymś nieznanym...)

Koszyki ze skarbami przygotowuje się dla dzieci około 7 m-ca życia - warunkiem jest samodzielne siedzenie (czyli takie, gdy maluch siedząc bez podparcia jest w stanie manipulować przedmiotami). Ich głównym celem jest umożliwienie poznawania otoczenia, do którego dziecko nie jest w stanie samodzielnie dotrzeć.
misz-masz

Celem nie jest zwykłe zabawienie dziecka czy danie mu zajęcia, aby w spokoju coś zrobić. Koszyki przygotowujemy aby pomóc dziecku w poznawaniu świata. Aby z szacunku dla niego jako istoty ludzkiej, zaspokajać jego potrzeby rozwojowe, dlatego w koszykach powinny znaleźć się prawdziwe przedmioty (nie zabawki) z drewna, metalu, kamienia, szkła, materiału. Tam gdzie to możliwe strać się unikać plastiku (szczerze mówiąc: tę zasadę przeniosłabym na całe życie). Wybierając przedmioty do koszyka należy pamiętać o bezpieczeństwie - każdą rzecz maluch włoży do buzi, nie może więc zawierać ostrych krawędzi, czy małych elementów. I zawsze bądźmy obok dziecka, gdy poznaje ono swoje skarby. Można nazwać, to co maluch ma w rączce, ale głównym celem jest samodzielne eksplorowanie. Niemowlę dotyka, potrząsa, uderza, stuka, słucha, smakuje, wącha - słowem poznaje wielozmysłowo. I tylko takie poznanie pozwala na tworzenie się w jego umyśle nowych pojęć. Mama w tym czasie może usiąść i obserwować. Ja mogłabym to robić godzinami!

Jeśli potrzebujecie podpowiedzi co włożyć do koszyka wystarczy "wygooglać" hasło: treasure baskets. Oczopląsu można dostać od pomysłów. Ale moim zdaniem najlepiej przejść po swoim domu (ewentualnie Dziadków;-)) i zobaczyć co można by zaoferować swojemu Maleństwu.
Gdy widzimy, że pewne przedmioty "znudziły się" dziecku, zastępujemy je nowymi - najwyraźniej na tym etapie rozwoju nie mają mu nic do zaoferowania. Za jakiś czas włóżmy je z powrotem, niemowlę zmienia się i rozwija się zaskakująco szybko, będzie więc miało szansę poznawać dane przedmioty na innym poziomie. Powtarzanie jest kluczem do uczenia się na każdym etapie życia!

Taki koszyk zwany pudełkiem niespodziankę, można zobaczyć TUTAJ na drugim zdjęciu. Przy okazji kilka innych zabaw dla niemowląt ;-)

TUTAJ można zobaczyć koszyki z Tominowa.

TUTAJ fantastyczne koszyki dla małego Rysia.

I jeszcze TUTAJ w roli koszyków pudło.

I kolejne koszyki TUTAJ.

P.S. Jeśli ktoś jeszcze robił takie koszyki dla swojego dziecka i opisał je na  blogu, to podajcie proszę namiary - chętnie wkleję linki do polskojęzycznych stron i blogów!

sobota, 13 lipca 2013

O dodawaniu (w sumie) słów kilka...


Ćwiczymy dodawanie. Mamy kolorowe perły Montessori, które są wspaniałym materiałem do nauczania początków matematyki. Chciałam, żeby chłopcy opanowali pamięciowo dodawanie przynajmniej w zakresie 10 i uznałam, że jeśli zrobimy odpowiednią liczbę powtórek to w końcu się uda. Okazało się, że ta zasada nie zawsze się sprawdza a już na pewno nie w przypadku dzieci myślących wizualnie. Bowiem mimo wielu powtórek Mikołaj nie był w stanie zapamiętać ile jest 2+2 itp. a Dominik jakimś cudem zdołał. Na szczęście zanim dopadła mnie mega frustracja trafiłam do wkropki, gdzie jest lista linków o VSL. Poczytałam i dowiedziałam się, że to normalne dla dzieci myślących w ten sposób i że być może, Mikołaj nigdy nie nauczy się tych działań na pamięć, ALE to nie oznacza, że będzie miał trudności w matematyce. Dowiedziałam się kolejnej rzeczy o moim dziecku i po raz nie wiem który, zmieniam podejście do naszej nauki. Dalej ćwiczymy dodawanie, ale już  bez presji, na spokojnie. I tylko rośnie moja radość z edukacji domowej - bo powiedzcie, w jakiej szkole mój syn miałby szansę na tak zindywidualizowane podejście, dostosowane do jego stylu uczenia się?

W pudełeczku przykłady z dodawaniem. Należy wyjąć przykład, obliczyć przy pomocy koralików i sprawdzić wynik na odwrocie karteczki. Rozwiązane przykłady wrzucamy do słoiczka. Te przykłady przygotowała autorka bloga Hanna the Minx i razem z innymi fantastycznymi materiałami są dostępne tutaj.

przykłady do obliczeń
liczymy z koralikami...

Dominik szybko wymyślił swój sposób liczenia - nie używa koralików, tylko palców ;-)

...i na palcach

Kolejną zabawę podpowiedziała mi znajoma mama "hołmskulerka". Kartki z rubrykami (ja swoje robiłam ręcznie, co niestety widać, ale chłopcom  nie przeszkadzają te koślawe linie), ołówek, kostka do gry + koraliki dla Mikołaja i palce dla Dominika. Chłopcy to uwielbiają - ten element niespodzianki!

gotowa "gra"

I to co lubię najbardziej - wykorzystanie tego co mamy w domu i pozornie nie nadaje się do nauki. Wyjęłam ukochaną planszówkę Mikołaja i oznajmiłam, że zmieniamy zasady. Kto stanie na oznaczonym polu losuje z woreczka kostkę domina. Musi dodać kropki na kostkach i zapisać to działanie na karteczce. Taka karteczka to punkt. Wygrywa ten, kto ma najwięcej punktów na koniec gry.


Jak Mikołaj się cieszył, gdy losował kolejny przykład do obliczeń ;-) Grunt to motywacja!

piątek, 24 maja 2013

Moja linia życia - artykuł z Pobitych Garów

Pomysł o wstawieniu na blog moich artykułów publikowanych w Pobitych Garach chodził po mojej głowie już od jakiegoś czasu. A że sezon wiosennych porządków w pełni, czasu na pisanie nowych postów brak, zamieszczam dziś tekst o linii życia, który można było przeczytać w pierwszym numerze Garów:
 
linia życia Mikołaja

Z pomysłem tworzenia linii życia dziecka spotkałam się jakiś czas temu i od razu zapragnęłam spróbować tego z moimi chłopcami. Jest to wspaniałe, choć mało znane ćwiczenie montessoriańskie, które dzięki kartce papieru i kilku zdjęciom, ułatwia dziecku zrozumienie upływającego czasu. Abstrakcyjne pojęcia typu „rok”, „dwa lata” zostają przedstawione graficznie, co pozwala na porządkowanie tych pojęć w głowie dziecka. Ponadto kilkulatek może sam zaobserwować, że wydarzenia z przeszłości następowały jedne po drugich w określonym porządku. Przy tworzeniu takiej linii życia jest wiele okazji do rozmawiania o tym jak to było gdy dziecko się urodziło, gdy było małe. Zwracamy uwagę, że najpierw było niemowlakiem a dopiero potem uczyło się chodzić, mówić etc.
Ćwiczenie to wspomaga proces formowania się samoświadomości i zapoznaje z historią życia dziecka przedstawioną w uproszczonym zapisie, co jest pośrednim przygotowaniem do nauki historii.
Pierwszą rzeczą, którą musi wykonać nauczyciel/rodzic jest przygotowanie swojej linii życia. Na długim kawałku papieru naklejamy siedem paseczków papieru. Paski powinny być jednakowej długości, ale w różnych kolorach i łączyć się w jedną linię. Po lewej stronie pasków wpisujemy (począwszy od góry) „1 rok”, „2 lata” do „7 lat”. Na górze strony piszemy: „Moja linia życia”, pod spodem imię i nazwisko a jeszcze niżej „urodziłem się …”i data urodzenia. Następnie na prawo od paseczków przyklejamy wybrane zdjęcie z danego okresu. Dobrze jest wybrać zdjęcia przedstawiające dziecko z charakterystycznymi dla danego okresu przedmiotami lub czynnościami. Gotową linię rodzic pokazuje dziecku i zaprasza do oglądania. Pokazując opowiada o poszczególnych okresach np.: „Zobacz, tu miałam dwa latka. Miałam wtedy moją ulubioną lalkę i wszędzie z nią chodziłam.” W ten sposób opisujemy wszystkie zdjęcia zwracając uwagę na używanie określeń czasu oraz pojęć „wcześniej/później”.
Następnie pytamy dziecko, czy ma ochotę zrobić swoją linię życia. Oczywiście, jeśli odmówi, należy to uszanować ;-) Jeśli dziecko wyrazi chęć, tworzymy wspólnie linię życia. Podajemy dziecku przygotowane wcześniej materiały: duży arkusz papieru, kolorowe paseczki, zdjęcia, klej. Zdjęć należy przygotować więcej, tak żeby dziecko samo mogło wybrać, które z nich chce umieścić na linii. Jeśli dziecko ma ochotę nakleić więcej niż jedno zdjęcie może to zrobić. W końcu to jego własna linia życia!
 
Dominik przy pracy

Gdy linia życia jest gotowa, zawieszamy ją na wysokości wzroku dziecka, tak by mogło w dowolnej chwili do niej wrócić. Co roku doklejamy zdjęcia do linii, aż do siódmego roku życia dziecka. Gdy odwiedzą nas goście, dziecko może pokazać im swoją linię (i z pewnością to zrobi) i opowiedzieć o niej.
Tworzenie linii życia przez rodzica z dzieckiem, to wspaniały pomysł na wspólnie spędzony czas. Gorąco polecam!

czwartek, 25 kwietnia 2013

Mobil Tancerki


Dziś ostatni z mobili, które przygotowaliśmy dla naszej małej dziewczynki. Oczywiście mobili jest o wiele więcej, ale z naszego doświadczenia wynika, że cztery to wystarczająca ilość dla malucha. Biorąc pod uwagę fakt, że noworodek i młodsze niemowlę większość czasu przesypia a mobile można zawieszać ponownie po przerwie (dopóki maluch jest zainteresowany) nie ma sensu gromadzenia ich wszystkich. Zwłaszcza, że maluch szybko "wyrasta" z mobili i zaczyna potrzebować zabawek do chwytania.
Ten mobil nie jest oryginalnym mobilem montessori. Jego historię opisała April Crook w komentarzu pod tym postem. W skrócie: obrazek z książeczki przedstawiający tancerki, stał się inspiracją dla jednej z nauczycielek montessori i poprosiła o zrobienie mobilu dla siebie. Mobil wyszedł tak pięknie, że zaczęto tworzyć je dla niemowląt. I dzięki temu my też możemy cieszyć oczy jego widokiem - a jest czym! Na zdjęciach, które znalazłam w internecie, wydawał mi się taki sobie, ale zdecydowałam się go zrobić, ze względu na łatwość wykonania. Teraz nieraz leżę sobie obok Klary i patrzę na lekko poruszające się tancerki - naprawdę przyciąga wzrok!

mobil "Tancerki"

Do zrobienia tego mobilu zaleca się papier holograficzny, ale nie mogłam takiego znaleźć w pobliskich sklepach (można kupić w internecie) więc użyłam błyszczącego, tłoczonego papieru do pakowania prezentów, który kupiłam w empiku. Wybrałam dwa kolory: srebrny i różowy, posklejałam ze sobą taśmą dwustronną (żyłka w środku) i przymocowałam do patyczków. Warto zostawić nieco dłuższą żyłkę, bo leciutkie figurki delikatnie falują przy najlżejszym powiewie. Ten mobil można sobie zrobić nawet bez niemowlęcia w domu a potem odpoczywać patrząc na wirujące i błyszczące tancerki. Bardzo relaksujące ;-)

zapatrzone Maleństwo ;-)

TUTAJ znajduje się wzór do wydrukowania a TUTAJ tutorial (po angielsku).


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Mobil Gobbi

Mobile odchodzą już w naszym domu do historii, ale postanowiłam jeszcze o nich napisać, ze względu na zupełny brak informacji na ten temat. Trzecim z serii mobili do stymulacji wzroku po mobilu Munari oraz mobilu z ośmiościanami jest mobil Gobbi. Najlepszy czas na jego prezentację przypada między siódmym a dziesiątym tygodniem życia dziecka.
Składa się z pięciu kól (np.styropianowych) owiniętych nicią do haftowania (u nas muliną) w różnych odcieniach jednego koloru. Kolor można wybrać dowolny, niekoniecznie niebieski. Mobil Gobbi  jest łatwy do zrobienia, ale wymaga mnóstwo cierpliwości albo Dziadka, który podejmie się tej żmudnej pracy (ale czego nie robi się dla wnuczki, prawda Dziadziusiu A.? ;-))
Kompletny tutorial (po angielsku) jest TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ.


W tutorialu, który zalinkowałam powyżej kule owijane były przez dziurkę w środku. Babcia Klary, próbowała zastosować tę technikę, ale dziurkę trzeba było co chwilę powiększać co było dość kłopotliwe. Wtedy z pomocą przyszedł Dziadek, który resztę kul owinął muliną dookoła (bez żadnych dziur w środku). Potem Tata przymocował kule do drążka i gotowe! To się nazywa praca zespołowa ;-)
Do owijania użyliśmy kul styropianowych o średnicy 5 cm i po dwa motki muliny na kulkę (nawlekanie dookoła zabiera mniej nici niż metoda z dziurką).

Klara oglądała kule z wielkim skupieniem, przesuwając wzrokiem od najjaśniejszej kuli do najciemniejszej i z powrotem a gdy troszkę podrosła witała je z ogromnym uśmiechem na buzi. Szkoda tylko, że jej czas na oglądanie go przypadł na zimowe, pochmurne dni, bo mulina pięknie błyszczy się w słonecznym świetle.
Moim zdaniem mobil Gobbi jest po prostu piękny. Idealny element przygotowanego otoczenia niemowlęcia.

sobota, 6 kwietnia 2013

Czekając na wiosnę

W naszej edukacji domowej, robimy mnóstwo rzeczy, które nie nadają się na osobne wpisy (przynajmniej wg moich kryteriów;-)) i choć zazwyczaj nie poluję na dzieci z aparatem fotograficznym w garści, zdarza się, że mamy trochę "luźnych" zdjęć z naszego czasu szkolnego. Ponieważ patrząc na kwietniowy śnieg za oknem, nie mam siły i chęci do stworzenia jakichś sensownych postów, pokazuję kilka naszych ostatnich zadań.

przelewanie wody
tworzenie "dziesiątek" ze złotych pereł
sortujemy przedmioty "żywe" i "nieożywione"
układamy ze szklanych kamyków liczby parzyste
lekcja geografii: przesmyk i cieśnina
rysujemy z plastikowymi "metalowymi ramkami"
jednen z ulubionych materiałów Dominika.
Mikołaj pisze opowiadania
tablice Seguina zrobione przez dziadziusia R.

A teraz poprosimy o trochę słońca, żebyśmy mogli zabrać naszą naukę na zewnątrz... 

piątek, 22 marca 2013

Przygoda z matematyką

Kiedy zaczęłam poznawać metodę montessori, najbardziej zachwycił mnie w niej sposób uczenia matematyki. Korzystanie z konkretów podczas nauki liczenia, nie jest niczym niezwykłym, jednak w montessori, z tych konkretów korzysta się dłużej i głębiej niż w tradycyjnych metodach. Dziś, chciałam napisać kilka słów o tym, jak wprowadzam chłopców w świat liczenia (głównie po montessoriańsku). TUTAJ można znaleźć pierwsze trzy numery Pobitych Garów, w których są fantastyczne artykuły Czyżyka dotyczące wprowadzania matematyki w metodzie montessori - szczerze polecam!
A my... zaczęliśmy od wprowadzania liczb na czerwono-niebieskich beleczkach, muszę jednak przyznać, że na początku te belki nie były ulubionym materiałem chłopców. Z czasem jednak matematyka zaczęła ich cieszyć, głównie dzięki urozmaiceniom wymyślanym przez mamę ;-)


Beleczki pomogły nam poznać cyfry, porównywać ilości i wprowadziły w początki dodawania. Jedna z moich ulubionych  zabaw polega na tym, że wybieram jakąś beleczkę, daję jednemu z chłopców i mówię np.: "to jest osiem. Znajdź dwie belki, które dadzą osiem" i potem "znajdź dwie inne belki, które dadzą osiem" etc. Wczoraj Mikołaj wyszukiwał trzy cyfry, które miały utworzyć dziewięć.
Pisałam już kiedyś o niektórych z naszych zabaw z belkami. 

I jeszcze słowo wyjśnienia: dlaczego belki? Dlaczego nie kamyczki, patyczki, kasztany? Otóż Maria Montessori zauważyła, że małe dzieci gdy liczą przedmioty np. trzy kamyczki liczą: "jeden, jeden, jeden". Zaobserwowałam to u Dominika gdy był młodszy: przedmioty liczył "po jedynce" a belki normalnie. Dopiero potem do beleczek dobieraliśmy przedmioty.


Mieliśmy już sporo doświadczeń z belkami, gdy zaobserwowałam u Dominika fazę wrażliwości na matematykę. Lliczył wszystko i wszędzie więc przedstawiłam mu kolorowe perły do liczenia. Od tej pory zaczął się matematyczny szał.

dopasuj perły do symbolu

Takie koraliki wspaniale nadają się do liczenia, przeliczania, dopasowywania do symbolu, do porównywania wielkości, dodawania. Przygotowałam większą ilość pereł w każdym kolorze dzięki czemu możemy dodawać do siebie takie same liczby.

tworzenie liczby siedem z korali

Nasze zadania z koralami wymyślałam na bieżąco w zależności od tego co chłopcy musieli poćwiczyć. Np.ustawiałam kilka figurek i każda z nich miała napisaną na karteczce cyfrę a chłopcy je dopasowywali. Pomagały nam figurki zwierzątek, autka, angry birds i co tylko aktualnie wzbudzało zainteresowanie chłopców. Dzięki temu szybko doszliśmy do dodawania i wprowadzenia "nastek" i dziesiątek.

Informacje techniczne:

czerwono - niebieskie beleczki / sztangi oryginalnie mają długość od 10 cm najkrótsza (1) do 1 m (10) i są pomalowane w czerwone i niebieskie pasy naprzemiennie. Z kilku względów zdecydowałam się na zrobienie wersji "stolikowej" i nasze beleczki mają: najkrótsza 3 cm (1) a najdłuższa 30 cm (10). Beleczki takie można kupić w markecie budowlanym i pomalować.

Co do perełek, to wspaniałą instrukcję do zrobienia wersji podstawowej napisała kiedyś Ewa. Ja korzystałam z jej podpowiedzi, ale nasze koraliki mają średnicę 8 mm i zrobiłam po kilka z każdego koloru (np.dziesięć jedynek, dziesięć dwójek etc.) bo chciałam, żeby służyły nam także do dodawania tych samych liczb.

wtorek, 19 marca 2013

Rzeczy ważne i ważniejsze

Miałam ostatnio okazję obserwować pracę własną dzieci w szkole montessori. Niezwykłe doświadczenie. Moje serce rosło patrząc na szóstoklasistę wykonującego z masy solnej szczyty Himalajów, dwie trzecioklasistki, które tworzyły książkę o koronie ziemi czy czwartoklasistę pracującego z tablicą do pierwiastków. Wspaniale patrzeć gdy dzieci robią takie rzeczy z własnej, nieprzymuszonej woli. Ale! Ale widziałam też szóstoklasistkę wyszywającą obrazki haftem krzyżykowym lub jej rówieśnika, kopiującego mapę Środziemia (z Hobbita). Szczerze mówiąc, w pierwszej chwili mnie to nie zachwyciło. Miałam ochotę podejść i powiedzieć: "hej, może zajęlibyście się czymś konkretnym". Okropne, prawda? Ta sytuacja uświadomiła mi, jak bardzo wartościuję to czym zajmują się moje dzieci. Nawet jeśli tego nie mówię, w mojej głowie zaraz jest ocena. Przecież JA WIEM co jest ważne i czego warto się uczyć a czego nie. A przecież kto wie co te dzieci będą robiły w życiu? Może tamta dziewczynka zostanie artystką i zacznie zarabiać na życie swoimi rękodziełami? (znam takie i wiem, że to możliwe) A ten chłopiec może kiedyś sam wymyśli swoje dzieło, jego język i stworzy do tego mapy? A może po prostu rozwija kreatywność, precyzję ręki, uczy się wytrwałości?
I wiecie, zrozumiałam jedno: to chodzi o pasję! O to, żeby to co robię sprawiało mi radość, dawało satysfakcję. I o to, żebym sam decydował co jest dla mnie ważne a co nie. Moje dzieci wiedzą czym się interesują, a ja?

13 marca wieczorem telefon: habemus papam! Oglądamy z chłopakami transmisję z Watykanu. Ja wpatrzona w monitor a oni zerkają rysując sobie. Oto jakie dzieło stworzył Mikołaj:

Mistrz Yoda woła: "VIVA  IL  PAPA" 

Dla mamy wybór papieża jest ważniejszy od "Gwiezdnych wojen", ale dla Mikołaja...;-)

piątek, 1 marca 2013

Hit tygodnia ;-)

Przygotowując zadania dla chłopców, zawsze staram się trafić w ich gusta, sprawić by dana czynność była dla nich atrakcyjna (oprócz bycia rozwijająco-kształcącą). Czasem mi się uda, czasem nie. W tym tygodniu mieliśmy dwa wielkie hity, od których chłopcy nie mogli się oderwać. Oto one:

Zestaw do napełniania solniczek: dwie puste solniczki, lejek, łyżeczka i kolorowa sól. To był numer jeden Dominika - powtórzeniom nie było końca. A gdy już mu się znudziło przesypywanie, pisał sobie palcem w soli ;-)

Dominik napełnia solniczki

Właściwie dla tej zabawy przewidywałam sukces, ale to co najbardziej przypadło do gustu Mikołajowi było dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Mojemu starszemu synowi spodobało się... parowanie skarpetek! Zwijając kolejną parę powiedział: "Fantastyczne to zadanie mamo. Tylko trochę nudne, ale fajne jest dla mnie" ;-) Normalnie zaniemówiłam!

skarpetkowy zawrót głowy ;-)
"fantastyczno-nudna praca" ;-)
I co ja wymyślę ciekawego na przyszły tydzień, żeby przebić te skarpetki? Podpowiedzi mile widziane!


środa, 27 lutego 2013

Mobil Munari

Nikogo kto zagląda na mój blog, nie zdziwi fakt, że jestem wielką zwolenniczką metody montessori - często dzielę się moim zachwytem nad jej mądrością. Nie każdy jednak wie, że Maria Montessori zajmowała się rozwojem człowieka już od narodzenia i pozostawiła wskazówki w jaki sposób przygotowywać otoczenie dla noworodków i niemowląt. Gdy oczekiwałam narodzin mojego trzeciego dziecka, sporo na ten temat czytałam, chciałam towarzyszyć mojemu Maleństwu w poznawaniu świata po montessoriańsku. Jednym z elementów przygotowanego otoczenia niemowlęcia są mobile. Zawiesza się je nad dzieckiem (nieco z boku, nie centralnie nad głową) aby mogło ono je widzieć. Wieszając mobil dajemy dziecku okazję do obserwowania, maluch ćwiczy umiejętność skupiania wzroku, wodzenia oczami za poruszającymi się przedmiotami, koncentruje uwagę, rozpoznaje barwy podstawowe. To co wygląda na ładną zabawkę jest tak naprawdę przyrządem do stymulacji sensorycznej.
Na szczęście mobile można zrobić samemu, co w zasadzie jest koniecznością, bo z tego co wiem, nie ma ich w sprzedaży w naszym kraju. Zapisuję tu mini tutorial, gdyby ktoś chciał wykonać pierwszy z serii mobili: mobil Munari (nie mogłam nigdzie znaleźć tutorialu po polsku!).
Potrzebne będą:
  • szklana kula (bombka) o średnicy kilku centymetrów - moja miała 7,5 cm
  • drążki drewniane - ja kupiłam w castoramie kołki, które docinaliśmy do odpowiedniej długości
  • żyłka - np.ze sklepu wędkarskiego
  • biała i czarna kartka z bloku technicznego
  • klej do papieru
  • farby (biała i czarna) do malowania drążków lub taśma/folia do oklejania
Na początek należy zaopatrzyć się w szklaną kulę (może być plastikowa ale wtedy refleksy świetlne nie odbijają się tak ładnie). Ja kupiłam szklane bombki na choinkę wypełnione piórkami - na szczęście dało się wyjąć piórka ze środka. Podstawą jest zmierzenie średnicy naszej kuli, bowiem od tego zależą wymiary pozostałych elementów. TUTAJ znajdują się rysunki pokazujące w jaki sposób wszystko obliczyć i jak połączyć za sobą poszczególne części.
 Najdłuższy i najkrótszy drążek malujemy na biało, średni na czarno. Po wyschnięciu na najkrótszym drążku proponuję nakleić czarną taśmę izolacyjną (tak jak widać na zdjęciu).
Aby zrobić papierowe figury, należy wyciąć kwadrat i prostokąt (wymiary ustalicie patrząc na rysunek, który zalinkowałam wyżej). Gdy prostokąty są gotowe, trzeba narysować linie od narożników do punktu na środku przeciwległego krótszego boku (rysujemy z obu stron). Wtedy odcinamy wzdłuż linii aby powstał odpowiedni kształt klepsydry. Dodatkowo jedną z klepsydr (np. białą) przecinamy wzdłuż tych linii, które są jeszcze na klepsydrze i naklejamy z obu stron na czarnej klepsydrze (tak jak na zdjęciu). Wszystkie figury są po drugiej stronie negatywami np. na tym zdjęciu widać małe białe kółko naklejone na czarnym większym a z tyłu jest małe czarne kółko naklejone na dużym białym itd.

mobil Munari (montessori)

Kiedy już człowiek zrozumie ten zagmatwany tutorial, zrobienie mobilu Munari nie jest trudne, ale... bardzo trudno jest zawiesić wszystkie elementy tak żeby były równo. Balansowanie drążkami i doczepianie żyłek, pozostawiłam mężowi i było to doskonałe posunięcie, bowiem odpowiednio zawieszony mobil leciutko się obraca i pięknie wygląda ;-) W sam raz dla maleństwa ok. 3-6 tygodnia życia.
P.S. Przy produkcji tego mobilu posługiwałam się głównie tą instrukcją.

A TUTAJ, gdyby ktoś potrzebował inspiracji a nie instrukcji ;-)

poniedziałek, 4 lutego 2013

Mobile Montessori

Dziś pojawił się najnowszy numer Pobitych Garów a w nim między innymi mój artykuł wprowadzający w tematykę montessoriańskich mobili oraz instrukcja wykonania mobilu złożonego z ośmiościanów w barwach podstawowych.

A poza tym: jak zorganizować otoczenie montessori w domu oraz mnóstwo fantastycznych pomysłów na zimowe zabawy z dziećmi. Zapraszam do czytania ;-)

Magazyn można bezpłatnie pobrać TUTAJ.





Miłej lektury!

piątek, 9 listopada 2012

Zanim dziecko zacznie czytać, czyli trochę o sylabizowaniu.

Dziś chciałam pokazać Wam, bardzo proste ćwiczenie wspomagające naukę dzielenia wyrazów na sylaby. Są dzieci, którym przychodzi to łatwo, są takie, które mają z tym problem.I dla tych z drugiej grupy polecam naszą zabawę. Wpadłam na jej pomysł, gdy Dominik po raz kolejny dzielił wyraz na sylaby, tworząc dwie sylaby z jednej np. IN-DY-YK. Ponieważ jest to jego stała praktyka, nadszedł czas, żeby interweniować. Do pudełeczek włożyłam figurki zwierzątek, których nazwy dzielą się odpowiednio na jedną lub dwie sylaby. Na pudełeczku nakleiłam kartki z liczbą kółek oznaczających liczbę sylab. Dzięki temu, wyjmując figurkę z pudełka, Dominik wie ile powinno być sylab i nie robi błędów! Na razie korzystamy z pudełek osobno, potem będziemy mieszać zwierzątka i segregować do odpowiednich pudełek. Jeszcze później dodamy wyrazy trzysylabowe itd.

podziel na sylaby

wyrazy jednosylabowe

Mamy też drugą zabawę, w którą bawimy się jadąc samochodem. Chłopcy wybierają markę jakiegoś auta i dzielą ją na sylaby, sprawdzając, która nazwa ma więcej sylab. Takie zadanie świetnie zajmuje w czasie jazdy, równocześnie  rozwijając analizę i syntezę sylabową wyrazów. Spróbujcie sami!

sobota, 3 listopada 2012

Nauka pisania

Jak nauczyć pisać dziecko, które nie chce pisać? Jak nauczyć pisać dziecko, które z powodu obniżonego napięcia mięśniowego ma bardzo słabą sprawność motoryczną? Jak nauczyć pisać dziecko, kiedy uczy się je czytać metodą sylabową a pisać metodą montessori? Odpowiedzi na te pytania szukałam długo. Bardzo długo. Mam nadzieję, że znalazłam rozwiązanie tych zagadek a przynajmniej znalazłam sposób na moich chłopców.
Najtrudniejsze było dla mnie pogodzenie metody Cieszyńskiej z metodą Montessori. W metodzie sylabowej, najpierw uczymy dziecko czytać, potem pisać ze względu na to, że nie uczymy dziecka pojedynczych liter. Oczywiście można uczyć pisania całych sylab, ale wtedy dobrze, żeby dziecko chciało pisać. Moje nie chciały. A ja martwiłam się, że minie im okres wrażliwości na pisanie, który wg Marii Montessori pojawia się około czwartego roku życia. Na szczęście moje zmartwienia okazały się niepotrzebne i dziś obaj chłopcy chcą uczyć się pisać.
Zaczęliśmy od wzmacniania napięcia mięśniowego. Mamy za sobą szereg różnych ćwiczeń, które fizjoterapeuci zlecali nam do domu. Hipoterapię (Mikołaj) i pływanie (obaj). Mnóstwo (!) ćwiczeń praktycznego życia. Wycinanie, lepienie, rysowanie, malowanie i co tylko mogłam wymyślić lub  podpatrzeć na innych blogach. I wreszcie to, co wg mnie zadziałało: jazda na rowerze na dwóch kółkach! Gdy chłopcy opanowali tę umiejętność i codziennie ją doskonalili na coraz dłuższych wycieczkach rowerowych, zaobserwowałam niesamowitą zmianę w działaniu ich rąk. Zaczęła się wielka miłość do rysowania, która przerodziła się w miłość do pisania. Hura!

Pozostało mi tylko pogodzić wskazówki, dwóch mądrych kobiet i można zacząć naukę pisania (nawiasem pisząc: zupełnie wbrew zaleceniom podstawy programowej).

W przypadku Mikołaja sprawa była dosyć prosta: on potrafi czytać i teraz można mu bez problemu wprowadzać nazwy liter. A ponieważ jest już w zerówce uczę go równocześnie: literowania i pisania na kartce. Korzystamy z naszego ruchomego alfabetu: na początku układał wyrazy, teraz krótkie zdania.
 
nauka literowania z ruchomym alfabetem

A żeby ćwiczył technikę pisania... wymyślam coraz to inne zabawy. Jedną z zabaw było na przykład pisanie malutkim kawałkiem mokrej gąbeczki po napisanych przeze mnie słowach na tablicy. Pomysł pochodzi stąd.

piszę czy zmazuję?
Oczywiście, teraz wykorzystuję nasze różne zajęcia, żeby ćwiczyć pisanie. Mikołaj podpisuje kontynenty gdy uczymy się geografii albo wpisuje nazwy brył geometrycznych gdy z nimi pracuje. Każda okazja jest dobra, żeby coś napisać. Dla niego największym wyzwaniem jest utrzymanie prawidłowego kierunku pisania liter - niestety skrzyżowana lateralizacja robi swoje i Mikołaj konsekwentnie pisze "i" od dołu, "o" zgodnie z ruchem wskazówek zegara itd. Dlatego potrzebuje wielu powtórek!

Ostatnio stworzyłam dla niego szybką grę. Na planszy były pola pomarańczowe i zielone. Kto stanął na zielonym polu musiał wylosować z woreczka przedmiot i zapisać jego nazwę w  kolorowej soli. Gra tak się Mikołajowi spodobała, że oszukiwał, żeby stanąć na zielonym polu! (sprawdzał czy widzę, że oszukuje - czyli z teorią umysłu nie jest źle;-)) W kolejnych wersjach graliśmy zapisując wyrazy w liniach na karteczkach - nadal mu się podobało.  Ważne tylko, żeby wygrywał ;-)

   
plansza do gry i woreczek z przedmiotami do losowania 
pisanie w kolorowej soli

W przypadku Dominika pisanie samych liter odpada. Odpada też pisanie większości wyrazów, bo on nie potrafi jeszcze czytać i nie zna wszystkich sylab. Coś jednak dało się zrobić ;-) Zaczęłam od przygotowania dla niego szorstkiego imienia. Na kawałek płyty HDF nakleiłam samoprzylepną folię niebieską (ulubiony kolor Dominika) a na tym wycięte z papieru ściernego jego imię. To był początek jego pisania - umiejętność podpisania się zadziałała motywująco do dalszej nauki i zdecydowanie poprawiła mu samoocenę!
szorstkie imię

Dominik w czasie pracy

Po  tych zabawach, Dominik odkrył na nowo nasze szorstkie samogłoski, co skłoniło mnie do realizacji mojego dawnego pomysłu na produkcję szorstkich sylab. Odkładałam ten pomysł wiedząc jak czasochłonne to będzie zajęcie, ale uznałam, że teraz będzie to warte zachodu. Nie pomyliłam się!

praca z szorstkimi sylabami
Zrobiłam pełny zestaw sylab ze spółgłoskami P i M, czyli po sześć sylab. Chciałam robić pojedyncze sylaby przy kolejnych spółgłoskach, ale na razie jest to dla mnie nieosiągalne czasowo. W zamian pokazuję Dominikowi jak się pisze inne sylaby i on je naśladuje.
Wykorzystaliśmy też szorstkie sylaby aby zagrać w grę, w którą grał Mikołaj. Powiedziałam Dominikowi, że tamta wersja jest dla siedmiolatków a ta dla czteroipółlatków. Przyjął to do wiadomości więc graliśmy i pisaliśmy ;-)

szorstkie sylaby i pisanie na kartce

Kolejny pomysł to kopiowanie przy pomocy kalki. Na kartonikach piszę wyrazy lub sylaby a Dominik pisze po śladzie na kalce. Ostatnio jego sprawność manualna tak się poprawiła, że potrafi to robić zadziwiająco równo! I co najważniejsze: cieszy go to!

kalkowanie

 W czasie pisania Dominika, nigdy nie nazywam pojedyńczych liter! Piszę całą sylabę i wymawiam jej nazwę. Czasem piszemy wyrazy, ale wtedy też dzielimy je na sylaby, lub gdy jest to trudny wyraz wymawiam całą nazwę. W ten sposób staram się łączyć potrzebę pisania mojego synka (i wykorzystując jego fazę wrażliwości na pisanie) i naukę czytania metodą symultaniczno-sekwencyjną. Wielokrotnie pisałam na tym blogu, że uważam tę metodę za najlepszą do nauki czytania małych dzieci oraz dzieci z problemami dyslektycznymi. I jestem przekonana, że gdyby Maria Montessori miała okazję zapoznać się z językiem polskim i metodą prof. Cieszyńskiej, zgodziłaby się ze mną!